• Wpisów: 712
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis: 4 lata temu, 17:38
  • Licznik odwiedzin: 42 927 / 3833 dni
 
desecrationsmile
 
DesecrationSmile: Chyba już wiem, czemu znowu zaczęłam pisać. Założyłam dawno temu tego bloga, żeby z kimś podzielić się moim życiem. Nie miałam przyjaciół, było mi ciężko. Kiedy przyszłam do liceum, wszystko się zmieniło. Owszem, nadal tu wszystko notowałam, ale w końcu straciło to sens - miałam komu się wygadać, z kim się spotkać.
A od jakiegoś czasu coś się zmienia.
O. G. A. - oddalamy się od siebie. z E. też to średnio wygląda. A K.? K. myślę był trochę powodem tego oddalenia. Kiedy zaczęliśmy być razem, to on pojawił się na pierwszym miejscu. Jestem z nim naprawdę blisko, wie wszystko. No, prawie, ale wie więcej niż ktokolwiek inny, a przez to też chyba zna mnie najlepiej. Ale wcale tak dobrze nam się nie układa. Mamy w życiu zupełnie inne priorytety, inne poglądy na niektóre sprawy, inne wszystko! A najgorsze jest to, że on nie odwzajemnia mojej szczerości. Jest skryty, nie mówi, co mu siedzi w głowie. A ja od ponad roku próbuję bez skutku do tej głowy wejść. Jezu, my naprawdę mamy dużo problemów. W głowie mam ich taki natłok, że nie wiem aż co napisać. Kiedy jakiś czas temu rozmawialiśmy już któryś raz rzędu o naszych relacjach, powiedziałam, że dla mnie osoba, z którą się jest, którą się kocha jest jednocześnie twoim najlepszym przyjacielem. A on powiedział, że tak nie myśli. To w takim razie na czym polega nasz związek? Nie dzielimy zainteresowań, ambicji, nie mówi mi o problemach, nic! Owszem, wiem, co się dzieje w jego w życiu, ale patrzę na to z boku. Więc co zostaje? Seks? Wspólne wieczory, które polegają na tym, że on coś przegląda w internecie, a ja czytam/uczę się albo oglądamy coś w telewizji? Sytuacja z wczoraj: Dzwoni do mnie, czy się spotkamy. No ok. Zostać na noc? Spoko. Podjechaliśmy jeszcze na chwilę z jego mamą do galerii handlowej, jakiś prezent musiała kupić. A on? Cały czas muchy w nosie. Denerwował się nie wiadomo o co. A jak spytałam co się stało, nie chciał powiedzieć. Wróciliśmy do domu, było jeszcze gorzej. Mówi, że jest głodny. Ja rozumiem, że przechodzi trudne chwile w życiu, nawet jeśli mówi, że mu wszystko jedno, to wiem, że tak nie jest. Rozwód rodziców, ojciec zostawił mamę z długami liczonymi w tysiącach, jednocześnie ona na zwolnieniu lekarskim, bo właśnie przeszła operacje endoprotezy obu kolan... Ale nie musi krzyczeć, tak przeklinać. Ja próbuję m pomóc, a on reaguje agresją, wychodzi, trzaska drzwiami. Sam chciał się ze mną zobaczyć, a na koniec zostałam sama w jego pokoju a on wyszedł na ponad 2 godziny. Żeby pogadać z P. Już chuj z tym, że zostawił mnie (już któryś raz) samą, mimo że mówiłam mu, że to nie jest fair. On poszedł POGADAĆ, WYGADAĆ się. Cały dzień nie zamienił ze mną słowa, nie powiedział, co mu leży na sercu, a potem wyszedł, by pogadać z kimś innym. Wiecie jak to boli?
Nie zrozumcie tego źle. On jest cudowny. Ale jest jaki jest. I nie chce niczego zmienić. Niczego. Bardzo go kocham. Chyba tylko przez to, jak bardzo, to nadal ma jakiś sens. Wiem, że przynajmniej na tą chwilę nie byłabym w stanie żyć bez niego. A jednocześnie życie z nim też nie jest łatwe. W tej chwili nie wyobrażam sobie, jak mogłabym spędzić z nim całe życie. A raczej wyobrażam sobie, ale wizja ta mnie przeraża. Bardzo.
A to jeszcze nie koniec moich problemów. Stresuję się maturą, jak chyba każdy. Boję się, że nie podołam, że moje ambicje przerosną szarą rzeczywistość. Sama już nie wiem, co z tymi studiami, czy ja chcę na to wzornictwo, czy nie, a jak nie to, to właściwie co? Że tak naprawdę to wyjechałabym w jakieś ciepłe miejsce i otworzyła tam małą, ale pyszną restaurację. Ale na to trzeba mieć po pierwsze pieniądze, a po drugie wiedzieć, że Ta osoba pojedzie z tobą. Poza tym dochodzą moje bóle. Owszem, byłam u sporej ilości lekarzy i wszyscy stwierdzili, że jestem zdrowa, ale nie zmienia to faktu, że wszystko mnie boli, nie mogę chodzić, nie mogę spać... Cały czas w bólu...

W dodatku niestety z dziewczynami nie mogę jakoś o tym pogadać. Mam taki hamulec wewnętrzny. Że one mnie tak naprawdę nie słuchają. Że mi też nic nie mówią. Dzisiaj A. miała kiepski humor. Pytam co się stało, ona, że nieważne. Opowiadałam coś na przerwie, O. do mnie z podnieceniem, że o co chodzi, żebym powiedziała, bo ona chce wiedzieć itp itd. Ja mówię, że już mi się nie chce, a G. na to, że to była ironia i się śmieją. Spoko, mam dystans do siebie, ale czasami granica między tym, co śmieszne, a tym, co boli jest bardzo cienka. Tak więc mam masę problemów, kłuje mnie w sercu, w głowie mętlik, duszy żal i zostałam z tym całkiem sama. Cóż, taki powrót do przeszłości trochę.

Jednak babcia miała rację: Umiesz liczyć - licz na siebie.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków